WOLONTARIAT Śledź nas
16.11.2022 IE2023 Kraków

Tomasz Sobania: To dla mnie wielka satysfakcja

Polski biegacz Tomasz Sobania w ciągu 60 dni pokonał 60 maratonów i pobiegł z Gliwic do Barcelony, gdzie na słynnym Camp Nou miał okazję obejrzeć mecz „Dumy Katalonii”, a także spotkać się z Robertem Lewandowskim. 24-latek spełnił nie tylko dziecięce marzenie, ale także pomógł zebrać pieniądze na szczytny cel dla fundacji wspierającej walkę z uzależnieniami wśród młodzieży. Promował też Igrzyska Europejskie, które za rok będą gościć w Krakowie i w Małopolsce, bo uznał, że to idea bliska jego sercu.
Skąd pomysł, by w 60 dni pokonać 60 maratonów i pobiec do Barcelony?

Rozwijało się to małymi krokami. Dokładałem sobie co roku więcej, bo już od kilku lat organizuję wyprawy biegowe. Pierwszą był bieg do Santiago de Compostela, 300 kilometrów w ciągu siedmiu dni w Hiszpanii. Najzabawniejsze jest to, że nigdy bym nie zaczął, gdyby nie to, że idąc na pociąg, którym jechałem do liceum, za każdym razem za późno wychodziłem na dworzec. I żeby zdążyć, musiałem biec. Dzięki temu odkryłem swoją pasję! I tak najpierw wystartowałem w jakichś zawodach, potem przebiegłem pierwsze 30 kilometrów i okazało się, że mam predyspozycje do biegania długich dystansów. Zacząłem sobie, z duchem rekordzisty, dokładać coraz więcej i więcej. To doprowadziło do wspominanego biegu w Hiszpanii. Potem wymarzyłem sobie bieg przez całą Polskę. Wyruszyłem z Zakopanego do Gdyni i pokonałem w 18 dni 18 maratonów. Wtedy po raz pierwszy przyjąłem formułę, żeby biegać codzienne maraton. Po tej wyprawie zaplanowałem pobiec dwa razy dalej, czyli z Polski do Rzymu. Miała to być pierwsza międzynarodowa wyprawa, ale na przeszkodzie stanęła pandemia. Po roku przygotowań musiałem czekać kolejny rok, by wystartować. W 2021 roku w końcu się udało, wybiegłem i spotkałem się w Rzymie z papieżem, któremu wręczyłem list od dziewczynki, dla której biegłem, bo za każdym razem moje wyprawy miały jakiś cel charytatywny. Tak pokrótce przebiegła droga, która doprowadziła mnie do tego, by dołożyć kolejne 1000 kilometrów i pobiec od Barcelony.

Dlaczego akurat Barcelona?

Od zawsze byłem kibicem FC Barcelona i już jako dzieciak marzyłem, żeby grać w piłkę razem z Ronaldinho na Camp Nou. To było poniekąd takie spełnienie dziecięcych marzeń, żeby nawet nie tyle być piłkarzem, ale by tam dobiec i pójść na mecz. A także, choć na początku tego nie wiedziałem, spotkać się z Robertem Lewandowskim. To było coś wyjątkowego.

Biegnąc do Rzymu, wspierał pan chorą Hanię. Jaki cel przyświecał Panu teraz i co udało się osiągnąć?

Do tej pory uzbieraliśmy prawie 52 tysiące złotych! Do zakładanego celu brakuje już tylko ośmiu tysięcy. To jest zbiórka, którą prowadzę na rzecz klubu zajmującego się terapią i profilaktyką uzależnień, znajdującego się w Gliwicach. Prowadzi go fundacja „Arka Noego”. Co roku, podczas moich wypraw, zbierałem pieniądze dla konkretnych osób, na przykład dla ośmioletniej Hani, która chorowała na nowotwór. Na szczęście jest już zdrowa i to taki cudowny aspekt, bo mam konkretny dowód na to, że moje bieganie komuś pomaga. A w tym roku chciałbym wesprzeć klub, w który sam się angażuje i widzę, jaka jest potrzeba, by w trudnej dzielnicy, w trudnym miejscu Gliwic, stworzyć miejsce, które będzie alternatywą, w którym można zrobić coś fajnego i dać młodzieży jaką odskocznię. Udało się zebrać naprawdę dużo pieniędzy i myślę, że dzięki temu klub będzie funkcjonował jeszcze kolejny rok czy dwa bez przeszkód, a to dla mnie wielka satysfakcja.

Jak wyglądała techniczna strona tej wyprawy?

Wynająłem na tę wyprawę kampera. Nauczyłem się, że jest to najlepszy sposób, bo biegnąc przez Polskę, każdego dnia musiałem dojeżdżać na trasę do miejsca, w którym skończyłem, potem po biegu musiałem dojechać na nocleg i tracić cenny czas, który w trakcie wyprawy ma wielkie znaczenie, ponieważ kiedy tylko mogę, muszę odpoczywać. W końcu bieganie maratonu codziennie nie jest takie proste. Dlatego kamper, w którym możemy spać, gotować, w którym może ze mną pracować fizjoterapeuta, to najlepsze rozwiązanie. Na dodatek można go postawić przy trasie, na parkingu i nie ma problemu, żeby na tę trasę wrócić. Sprawdziło się to zarówno w Rzymie, jak i teraz, choć jak nietrudno sobie wyobrazić, mieszkanie z trójką osób, na maleńkiej przestrzeni przez dwa miesiące, nie jest łatwe. Na szczęście dogadywaliśmy się, choć nie obyło się bez napięć. To było niemal tak samo trudne, jak bieganie codziennie maratonów. Nie tylko dla mnie, ale i całej ekipy, bo wszyscy włożyli dużo serca w to, żeby całe przedsięwzięcie się udało. Był ze mną fizjoterapeuta, filmowiec i koleżanka, która była kierowcą i logistykiem w jednym. I oni spędzili razem ze mną w trasie, a ja mogłem bez przeszkód, nie martwiąc się o nic, biec dalej.

Przy okazji promował pan także Igrzyska Europejskie, które za rok odbędą się w Krakowie i w Małopolsce. Skąd taka idea?

Już w trakcie planowania całej wyprawy rozmawiałem z Polską Organizacją Turystyczną i wtedy dostałem informację, że w ramach mojego biegu możemy promować Igrzyska Europejskie. To było dla mnie o tyle istotne, bo wiedziałem, że oprócz promowania Polski będę mógł wesprzeć imprezę, która się odbędzie w naszym kraju. Sama formuła igrzysk jest mi bardzo bliska, cały aspekt sportowy tej imprezy. To było dla mnie ważne i stanowiło dodatkową wartość.

Jak ludzie reagowali, kiedy mówi pan o igrzyskach? Wiedzieli, że taka impreza za rok będzie w Polsce?

Najczęściej nie wiedzieli, ale na przykład, kiedy uczestniczyłem w biegu w Paryżu, w którym wystartowało 20 tysięcy osób, to najpierw pytali mnie co to za flaga, z którą biegnę, bo nie wszyscy kojarzyli. Kiedy mówiłem, że to polska flaga, to wiedzieli, o co chodzi. Potem opowiadałem im o celu mojego biegu, ale także o Igrzyskach Europejskich i zapraszałem, żeby przyjechali do nas pod koniec czerwca przyszłego roku. Ta inicjatywa służyła temu, żeby ludzie zaznajomili się z logotypem i dowiedzieli się, że coś takiego będzie miało miejsce. I myślę, że do części Europy ta informacja dotarła.

Ma pan już plany na kolejny rok?

Tak, co prawda dopiero wróciłem, ale najchętniej od razu bym gdzieś pobiegł! Ta rzeczywistość jest teraz zupełnie inna po tym, jak dwa miesiące spędziłem w kamperze, każdego dnia gdzieś indziej, z nowym celem. Planuję już kolejną wyprawę, marzy mi się, że pobiec do Maratonu w Grecji i z powrotem. To będzie pierwsza wyprawa, w której wyruszę z Polski i wrócę do kraju. To byłby bieg znów o 1000 kilometrów dłuższy niż wyprawa do Barcelony. Chciałbym wyruszyć już wiosną. I może połączę to w jakiś sposób z Igrzyskami Europejskimi? Pomysłów jest wiele.

    lub odwiedź nas na innych portalach

    Cookies

    Serwis wykorzystuje pliki cookies. Korzystając ze strony wyrażasz zgodę na wykorzystywanie plików cookies.